PL   EN   FR

Aktualności

Tytuł: Spływ kajakowy 2021

      W sobotę 26 czerwca, 6 ekip kajakowych i osoby towarzyszące zameldowały się na zgrupowaniu przygotowawczym przed spływem w bazie w Lutolu. Za sprawą Michała, Mai i Marka Lutol stał się  kolorowy i odlotowy. Niebieskim Volkswagenem przywieziono fantastyczne dekoracje, które kręgiem otoczyły ognisko przed Tawerną Majora. Edward dwoił się i troił przy blacie kuchenno - kominkowym dzielnie zastępując ciocię Jolę. Zapachy, jakie dochodziły z tej naszej polowej kuchni zwabiły nawet kota zza miedzy. Nie brakowało też odważnych, którzy kąpali się w basenie. Oczywiście pływał narybek - Olek, Maja, Klaudia i Michał a "rekiny" mówiły, że dołączą póżniej. Jak się później okazało, tylko  mówiły. Jak zwykle Edward w tylko sobie znany i dowcipny sposób przywitał wszystkich, Michał z kolei dał koncert fortepianowy i to taki, że wszystkie żaby w jeziorze zamilkły. Największe brawa zebrał jednak solenizant Antoś, który po kilkuletnej przerwie i rekonwalescencji zameldował się z Klaudią  przy ognisku. Danusia i Janek otrzymali za to najlepsze komplety ręcznikowe. Niestety, nie skorzystali z nich, bo woda w basenie była za mokra. Gwoździem wieczornego programu był mecz piłki siatkowej, a  zawodników było tylu po obu stronach siatki, że piłka rzadko dotykała nawierzchni. Sędzia główny z nowym nabytkiem w postaci gwizdka covidowego nie dopuszczał do zbyt agresywnej gry i tym sposobem mecz zakończył się remisem w setach 1 - 1. Odbył się też mały turniej tenisa stołowego w którym to wyróżniał się Michał. Konkurs - na jedną  zapałkę, którą należało rozpalić uprzednio przygotowane ognisko wygrał także Michał. Natomiast w rywalizacji na najładniejszą piosenkę najlepiej wypadły Klaudia i Maja, które brawurowo zaśpiewały "Krakowiaczka". Wieczór przy ognisku uatrakcyjnił pokaz filmu z majówki 2021 przygotowanego przez Michała. Rozmowom przy ognisku nie było końca, ale późną nocą trzeba było się rozejść za sprawą nadchodzącego nazajutrz spływu, który to wymagał zapasów siły.
     
    W niedzielę, punktualnie  o godzinie 11.00, wypoczęci i w znakomitych humorach w 12 - osobowej ekipie  wyruszyliśmy do Rańska. Tam też zameldował się Tomek, wyposażony w drona. Jeszcze tylko krótka odprawa i komandor spływu dał znak rozpoczynający rzeczną przygodę. Na przodzie płynęli Marek z Michałem a na końcu tzw. czerwona latarnia czyli Jurek i Maja. Na początku zachwytom nad przyrodą, wodą i słońcem nie było końca. Trasa z Rańska do Międzyrzecza wydawała się niezbyt długą i wymagającą. Okazało się jednak, że liczne przeszkody w postaci powalonych drzew, czasowo bardzo ją wydłużyły. Nad wszystkim czuwał Marek, służąc wsparciem w przeprawach. Obra okazała się bardzo pokrętna i do miejsca na wysokości Żółwina wycisnęła niemal wszystkie siły z uczestników. Ostatni odcinek do Międzyrzecza nie miał końca i bardzo się dłużył. Tylko Jurek śmiał się i mówił, że  jeszcze tylko 15 minut i już będzie meta. Ale z nim jak zawsze jest tak samo. Zamęczy do całkowitego wyczerpania. Wszystko skończyło się dobrze, no może poza metamorfozą Marka w błotniastego murzyna. Dobrze się jednak stało, że kąpieli doświadczył stary wyga wypraw wodniackich. W sumie załogi kajakowe spędziły 5 godzin na wodzie. Po zakończeniu wyprawy najbardziej  bolącą częścią ciała, wbrew pozorom były nie ramiona ale ... pośladki. Humor i dobry nastrój, który nam towarzyszył, jeszcze bardziej spotęgował się po powrocie do bazy w Lutolu Mokrym. Tam Grażynka, Janek i Natalia przygotowali solidny i smaczny posiłek. Wieczorem ekipy rozjechały się do domów mając nadzieję na rychły powrót.
 
                                                       

↑ W górę