PL   EN   FR

Wyprawy

Tytuł: Syberia, Bajkał 1986 - Jerzy Romejko, Edward Jabłoński i inni ...

Poniżej relacja autorstwa pana Edwarda Jabłońskiego z wycieczki na Syberię .
 
Samolotem na Syberię w 1986 r.
Od 1983 r. pracowałem w Dolnośląskich Zakładach Metalurgicznych „Dozamet” w Nowej Soli na stanowisku redaktora naczelnego dwutygodnika „Głos Dozametu”. W grudniu, każdego roku w czasie obchodów „Dnia Odlewnika” prowadziłem zakładowe „Karczmy piwne pod kokilą”, do których pisałem scenariusze. W 1985 r. zwrócił się do mnie ówczesny przewodniczący Zarządu Zakładowego - Jan Janicki - z propozycją organizowania podobnych „Karczm piwnych”, ale dla młodzieży należącej do ZSMP. Jako że, ze względu na mój wiek nie byłem członkiem tego związku powstał problemem mojego wynagrodzenia, którym wtedy zajmował się FASM (Fundusz Aktywizacji Społecznej Młodzieży). W końcu znaleziono wyjście z sytuacji. ZSMP fundował mi zagraniczne wycieczki organizowane głównie do ZSRR.
W 1985 r. po „Karczmie … ”, otrzymałem propozycję udziału w roku następnym w wyjeździe na Syberię. Wśród uczestników byli pracujący w „Dozamecie”, m.in. inż. Jerzy Romejko, z którym w latach 60-tych grałem w koszykówkę w „Polonii - Nowa Sól” i fotoreporter „Głosu Dozamet” - Ryszard Piasecki, który dokumentował pobyt na Syberii. Gdy po latach oglądałem zdjęcia, odnalazłem na nich młodą nauczycielkę - późniejszą prezydent Zielonej Góry - Bożenę Ronowicz. W blisko 40-osobowej grupie znaleźli się mieszkańcy Nowej Soli, Zielonej Góry i Wolsztyna.
Program 12-dniowej wycieczki był bardzo bogaty. Gdy dotarliśmy na lotnisko „Okęcie” w Warszawie, dołączył do nas pracownik naukowy z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Nikt go nie znał. Po co leciał i jakie miał zadanie, zorientował się jako pierwszy Jurek Romejko. Naukowiec był współpracownikiem SB i miał baczenie na to co robimy i co mówimy. W ZSRR trwała w tym czasie „pierestrojka” zapoczątkowana przez Michaiła Gorbaczowa.
Moskwa
Po wylądowaniu samolotu TU-144 na lotnisku „Szeremietiewo” w Moskwie, zostaliśmy przewiezieni do hotelu „Inturist”. Tam powitał nas Jura – rosjanin, nasz opiekun, funkcjonariusz radzieckiej służby bezpieczeństwa. W hotelu zaskoczyły wszystkich karaluchy w łazienkach, które uciekały pod wanny po zapaleniu światła. W stolicy spędziliśmy trzy dni. Zwiedzaliśmy tam różne wystawy, min. wystawę dorobku republik ZSRR. W hotelu odwiedził nas kolega z „Dozametu” inż. Piotr Lewandowski, którego ojciec pracował w Moskwie jako przedstawiciel handlowy zielonogórskiego „Zastalu”. Trzeciego dnia zostaliśmy podwiezieni autobusem na lotnisko „Wnukowo”. O tym, co znaczy dolar przekonaliśmy się, gdy ujrzeliśmy radziecki PEWEX o nazwie „Bieriozka”. Puszka coca-coli kosztowała jednego dolara, a nie każdy z nas miał amerykańską walutę. Patrzyliśmy z zazdrością jak czarnoskóry - chyba student z Afryki - kupił i spożywał upragniony napój.
Nowosybirsk
Z Moskwy polecieliśmy samolotem IŁ do Nowosybirska. W 1986 r. byliśmy pierwszą wycieczką, która przybyła z Polski. Zostaliśmy rozlokowani w hotelu „Sybir”, gdzie większość zobaczyła po raz pierwszy ubikacje, w których potrzeby fizjologiczne załatwiało się siedząc w kucki. Co kilka minut w pokojach hotelowych odwiedzały nas „etażowe” (pokojowe), pytając czy mamy coś do sprzedania. Nowosybirsk liczył wówczas 1,5 mln mieszkańców. Większość domów była z wielkiej płyty. Między nimi stały stare, drewniane chatki z malutkimi okienkami. Przy jednym zrobiliśmy sobie zdjęcie. Przed operą ustawiono ogromny pomnik Lenina. Samochody osobowe jeździły co kilka minut po szerokich ulicach, więc chodziliśmy po nich jak po chodnikach nie bojąc się, że kogoś potrącą. Jednego dnia zostaliśmy zaproszenie do dyskoteki. Gospodarzami byli uczący się języków obcych (zachodnich) studenci IV i V roku miejscowej uczelni, którzy bawili się tam po raz pierwszy. W lunaparku spotkaliśmy młodego mężczyznę, który zaprosił cztery osoby do mieszkania w pobliskim bloku. Byliśmy pierwszymi obcokrajowcami z którymi miał styczność. Pracował w kopalni na Kamczatce i przyjechał na urlop do żony. Jego teść zamknął się w drugim pokoju i nie wyszedł do nas, ponieważ bał się i nie wierzył, że jesteśmy „inostrańcami” (obcokrajowcami) z Polski.
W Nowosybirsku odbyliśmy wycieczkę statkiem po rzece Ob. Wsiedliśmy na przystani i popłynęliśmy kilkanaście kilometrów podziwiając piękne widoki. Na rzece widzieliśmy leżących na pontonach mężczyzn - jak się okazało wędkarzy, którzy łowili kilkukilogramowe ryby na zwisające na sznurkach haczyki z kawałkami styropianu, służącymi jako „robaki”. Gdy dopłynęliśmy do brzegu, zapalony wędkarz Jurek Romejko wydębił od jednego z łowiących taki sznurkowo - haczykowy zestaw.
W Nowosybirsku była w tym czasie tylko jedna cerkiew do której przyjeżdżali z odległych nawet o 500 km miejscowości ludzie starsi, a także młodzi, którzy brali śluby udzielane przez księdza prawosławnego. Byliśmy świadkami takiej ceremonii po której zapaliliśmy cienkie i długie świeczki.
W restauracji hotelu „Sybir” odbywały się dancingi. W niedzielę poszliśmy całą grupą i ujrzeliśmy w 120-osobowej sali blisko 80 kobiet, które z ciekawością spoglądały ma męską część naszej wycieczki. Przy jednym stoliku siedziało kilku mężczyzn. Jeden z nich - podobny do mieszkańca Nowej Soli - gdy nas zobaczył, poderwał się, podszedł i zapytał po polsku – co wy tu robicie? Okazało się, że nazywa się Gondorek i pracuje w żagańskiej firmie budującej hotel w Nowosybirsku. Zostaliśmy zaproszeni do stolika i poczęstowani przemyconym do restauracji koniakiem imitującym herbatę. Polacy stosowali taki kamuflaż gdyż w niedzielę alkoholu na dancingu nie sprzedawano. Władza radziecka wprowadziła taki zakaz bowiem w poniedziałek człowiek pracy musiał być trzeźwy.
W sklepach spożywczych widać było nadchodzący kryzys. Masło reglamentowano a mięso sprzedawano w wyznaczone dni tygodnia. Mieszkańcy - głównie kobiety - chętnie zaprzyjaźniali się z pracującymi na budowie Polakami, którzy w bloku gdzie byli zakwaterowani mieli dobrze zaopatrzony sklep. Ze śladami polskości w Nowosybirsku nie zetknęliśmy się.
Irkuck
Z Nowosybirska, zgodnie z programem polecieliśmy samolotem IŁ do Irkucka i zostaliśmy zakwaterowani w hotelu o tej samej nazwie. Irkuck to miasto, do którego w XVIII, XIX i XX wieku zsyłano wielu Polaków. Pierwszego dnia mieliśmy problem ze snem. Gdy w Polsce była godzina 15.00, w Irkucku 22.00. Kto o tej porze idzie spać? W restauracyjnym bufecie kupiliśmy kilka butelek radzieckiego szampana (innych wyskokowych napojów nie było) i udaliśmy się na promenadę przy rzece Angara. Po wypiciu napojów z bąbelkami, ok. 2.00 wróciliśmy do hotelu i próbowaliśmy zasnąć. Udało się to około 4.00, a o 7.00 musieliśmy wstać i iść na śniadanie, gdyż już o 8.00 wyjeżdżaliśmy autokarem nad jezioro Bajkał. Blisko 2-godzinnej jazdy nikt nie pamiętał - wszyscy spali kamiennym snem.
Zatrzymaliśmy się na parkingu przy nadbajkalskim hotelu, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie (Jurek Romejko z wędką) i poszliśmy zamoczyć się w jeziorze. Temperatura powietrza wynosiła 25 st., a wody 12 st. C. Dno było kamieniste. Zanurzeni po szyję, umiejący pływać lub „śmiałkowie”, szybko uciekali w kierunku brzegu, aby wygrzać się w słońcu.
Po kąpieli poszliśmy pieszo na Górę Czerskiego, którą nazwano tak na cześć polskiego badacza Syberii - Jana Czerskiego. http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Czerski
W czasie wspinaczki, zniknął Jurek Romejko. Ci, którzy weszli, zrobili sobie kilka pamiątkowych zdjęć. Gdy schodziliśmy z góry ujrzeliśmy Jurka w towarzystwie tubylca, który pasł krowy. Tak się zaprzyjaźnili, że trudno było im się rozstać. W końcu zabraliśmy naszego kolegę i zostawiliśmy pod opieką uczynnych koleżanek, aby doszedł do siebie i udaliśmy się do miejscowego hotelu w poszukiwaniu zimnych napojów. W drzwiach zostaliśmy zatrzymani przez portiera w liberii, który nie chciał nas wpuścić. Gdy usłyszał, że jesteśmy cudzoziemcami z Polski, pozwolił nam wejść i skorzystać z obficie zaopatrzonego bufetu.
Do Irkucka wróciliśmy wodolotem, płynąc po wodach Bajkału a następnie Angary. Następnego dnia zwiedzaliśmy blisko 600-tysięczne miasto. Od przewodniczki, która do Irkucka trafiła z Ukrainy dowiedzieliśmy się wiele o jego historii i mieszkańcach pochodzących z wielu republik ówczesnego ZSRR oraz tubylczych Buriatach. O zsyłanych Polakach, niestety nie dowiedzieliśmy się zbyt wiele. Przewodniczka powiedziała nam jedynie, że w Irkucku mieszkają ich potomkowie, z którymi nie zorganizowano nam spotkania. Odbyliśmy za to - co było w programie każdej wycieczki - spotkanie z młodzieżą z Komsomołu. Gdy opowiadaliśmy im o Polsce, nie chcieli wierzyć, że np. możemy jeździć i poruszać się po naszym kraju bez specjalnych przepustek.
Brack
Z Irkucka niedużym samolotem JAK polecieliśmy do Bracka. Piloci byli bardzo uprzejmi, otworzyli drzwi do swojej kabiny i mogliśmy obserwować ich poczynania za sterami oraz porozmawiać o pilotażu.
Po wylądowaniu na miejscowym lotnisku, zostaliśmy skierowano do poczekalni dla obcokrajowców. Musieliśmy przejść obok niezbyt świeżo pachnących tubylców przez ogromną halę. Oczekując na lot czasami cały tydzień, siedzieli oni lub leżeli na ławkach lub owiniętych w papier lub gazety walizkach. W „zagranicznej” poczekalni spotkaliśmy turystów z Brazylii i Niemiec. Z tymi pierwszymi trudno było się dogadać, ale w końcu przełamaliśmy językowe lody. Kluczem były słowa - Walesa (Wałęsa) i Papa Żan Paolo (Jan Paweł II), po usłyszeniu których zgadywali, że jesteśmy „Polonia”.
Nasz opiekun Jura skontaktował się z kim trzeba i wkrótce podstawiono autobus, którym pojechaliśmy do hotelu. W czasie naszego pobytu pogoda w Bracku była „pod psem”, cały czas padało. Ziemia wszędzie była czerwona i taki kolor miały nasze buty. Miasto jest bardzo rozległe, z jednej do drugiej dzielnicy jechaliśmy asfaltowymi drogami przez lasy ponad godzinę. Zwiedziliśmy elektrownię atomową, podziwialiśmy potężny Zbiornik Bracki i odwiedziliśmy wyższą uczelnię położoną w lesie za miastem. Zawieziono nas do tajgi, gdzie widzieliśmy rosnące dorodne grzyby - kozaki. Byliśmy w drewnianym sanatorium, w którym - z czego byli dumni Rosjanie - najważniejszym gościem był przywódca Kuby - Fidel Castro. W czasie przechadzki po mieście trafiliśmy do sklepu warzywniczego, w którym były niezbyt świeże pomidory, a w dużych słoikach kiszone, żółte przejrzałe ogromne ogórki. Ponieważ pogoda była gastronomiczna poprosiliśmy Jurę, aby zawiózł nas do sklepu z napojami wyskokowymi. W ponad 200-tysięcznym mieście po kilku godzinach szukania znaleźliśmy pawilon, przed którym stała gigantyczna kolejka. Ustawiliśmy się do jednej z kas i po odstaniu swojego każdy mógł kupić po jednej butelce wódki „Moskowskiej” i szampanie. Miejscowi mieszkańcy patrzyli na nas z zazdrością. gdy wydawaliśmy bez ograniczeń ruble. Oni składali się w kilka osób na jedną butelkę.
Trzeciego dnia nasz opiekun powiadomił nas, że wylatujemy do Moskwy o 22.00. Zapytaliśmy czy nie można wcześniej, bo mieliśmy dość deszczu i siedzenia w hotelu. Po jedynym telefonie, kazał nam spakować walizki i poinformował, że wylatujemy o 15.00. Na lotnisku do samolotu oczekującego na wylot wszedł milicjant, odliczył 40 osób i kazał opuścić zajęte już miejsca. Nie zapomnę wzroku ludzi, którzy czekali tydzień na lot i musieli wyjść. Zamiast nich, polecieliśmy my. Mieliśmy międzylądowanie w Omsku na Uralu. W pamięci został dworzec lotniczy i cuchnące ubikacje z małymi drzwiami, zza których widać było głowy i nogi załatwiających się kobiet i mężczyzn. Do Moskwy dotarliśmy o 19.00 i po przesiadce na Tupolewa naszego LOT-u odlecieliśmy o 20.00 do Warszawy. Wylądowaliśmy na Okęciu, także o 20.00 (zmiana czasu) i zmęczeni udaliśmy się w dalszą podróż do Nowej Soli.
 
Edward Jabłoński
 
       

↑ W górę