PL   EN   FR

Wyprawy

Tytuł: Alaska 2004 - Jerzy Romejko

Alaska to miejsce, które dla większości ludzi kojarzy się z zimnem, gorączką złota, niedźwiedziami, dzikością i niczym nieskażoną przyrodą. Dla mnie dodatkowo jeszcze z łososiami na które bezskutecznie polowałem w Szwecji i Norwegii na Lofotach za kołem podbiegunowym. No więc, jeżeli na Alasce nie złowię łososia to już chyba nigdzie i w ten sposób zrodziła się moja wyprawa na Alaskę. Pierwszą przeszkodę musiałem pokonać już w Warszawie w upokarzającej kolejce po wizę. Kurna myślę sobie jak oni nas traktują, biegają jakieś w garniturach i pokrzykują na ludzi jak w jakimś obozie. No ale nic -  nie zrażaj się Jurek. Jak już dostałem się do okienka konsula to przesympatyczna pani  jak się dowiedziała, że chodzi mi o łososie na Alasce i że po angielsku to raczej się nie dogadam to obiekcji raczej nie miała. Ale musiałem jej pokazać zdjęcia z moich wypraw znad Bajkału, Szwecji, Norwegii i to tych na których można mnie rozpoznać z rybkami. Sprawdziła rezerwacje hoteli, moją zamożność i dopiero wszystko było OK. W Amsterdamie z kolei jakiś Holender uparcie mnie wypytywał po co ja jadę na Alaskę jeśli nie znam angielskiego. Ja mu na to, że w szkole uczyli mnie ruskiego a na Alasce  niedźwiedzie, ryby i tubylcy prędzej zrozumieją po rusku niż po angielsku. W końcu mnie wpuścił na pokład DC10 i po 11 godzinach lotu byłem w Seattle. Stąd 3500 km do Anchorage gdzie miałem rezerwacje hotelową. A co na to wszystko urzednik imigracyjny?
- Alaska! – mówi czytając moja deklarację (godzinę wypełniałem w samolocie przy pomocy tłumacza elektronicznego)
- Jes – odpowiadam,
- Fiszing! – kontynuuje,
- Jes
- Hotel! – drąży temat
Pokazuję rezerwacje i nie zastanawiając się więcej wyciągam rękę z pokaźną ilością zielonych papierków i walę: Kesz!!! - jes.
No to on mnie za rękę łapie – myślę sobie – chyba  nie myśli, że mu dam łapówkę. A on mnie za palec – odcisk, drugi palec – odcisk, zdjęciem po oku i mówi OK.
No to jestem w Ameryce. Moja radość zmącona została jeszcze przez pazernych murzynów którzy zabrali mi 4 kg suchej kiełbasy myśliwskiej przed wpuszczeniem na pokład Boeinga 747. Dobrze że nie zabrali wódki i słodyczy. Okazuje się, że na Alaskę nie można wwozić żadnej żywności. Ta myśliwska tak zapachniała, że zaraz zrobił się mały tłumek urzędników. Ale niech im tam będzie, wrzasnąłem tylko „ALASKA,, i już mnie dalej pilotowali po przepastnych czeluściach lotniska w Seattle do stanowiska wylotowego do Anchorage. Pod lotniskiem kursuje zerowa linia metra i rozwozi ludzi na poszczególne terminale a potem trzeba wybrać odpowiedni przycisk w windzie i wysiąść na właściwym poziomie odlotów. Na pokładzie samolotu było raczej pustawo, przemiła obsługa. Luz, blus i spokój. Po trzech i pół godzinach lotu  siadamy na płycie lotniska w Anchorage. Wszyscy uśmiechnięci, życzliwi a pani której wytłumaczyłem, że szukam bramki z bagażami z lotu 085 to mało nóg nie pogubiła  śpiesząc mi ją pokazać. Wskazała też najbliższy postój taxi. Kierowca – jakiś mruk ledwo zrozumiał, że chodzi mi o hotel VOYAGER ale kiedy dostał 10 dolców w łapkę ochoczo złapał  za mój bagaż. Mało się nie połamał ten duży gość ale raczej na popcornie, frytkach odżywiany i  bez mojej pomocy  tych 40 kg nie podniósłby. Pierwsze podejście do wymarzonego pokoju hotelowego było nieudane. Ameryka to jest jeden wielki biznes. Dla ludzi utrudzonych i z daleka ale z karta płatniczą, która nie działa – nie ma miejsca. Tak więc po okazaniu rezerwacji przemiły młody człowiek poprosił o kartę płatniczą. Dałem mu ją ale nie działała. Dałem mu drugą, która też nie działała. Myślę sobie - nie jest dobrze. Ale przecież przez internet podawałem numer karty i nie mieli żadnych zastrzeżeń. A poza tym tak od razu sprawdzać kasę - nieładnie. Młody człowiek był wyraźnie zażenowany tą sytuacją. Ale w końcu doszliśmy do wspólnego wniosku, że jutro sprawdzimy jeszcze raz a dzisiaj należy się odpoczynek po tak długiej podróży. Pokój – super z pełnym wyposażeniem, mikrofalą, naczyniami, zlewozmywakiem, lampami dotykowymi, łazienką, aneksem kuchennym i obszernym łóżkiem. Rano – tym razem stary zgred od razu mnie zaatakował o karty. Sprawdzał, sprawdzał i nic. Z drwiącą miną mi je oddawał i jednocześnie z podejrzeniem o próbę wyłudzania i naciągania hotelu na straty. Wszyscy mi mówili, że w Ameryce tylko karty a gotówka to nie. Przezornie wziąłem na wszelki wypadek dość pokaźną garść zielonych banknotów i mówię mu –  a kesz?, kesz ok!?. Pasuje! – no to wypłacam mu kilkaset dolarów, daję 20 napiwku a on wali głową w biurko, drzwi otwiera, szczerzy swoje rude zęby. A to tak – myślę sobie – to jest cała Ameryka. Dla porządku dodam, że karty nie zadziałały nigdzie z wyjątkiem bankomatów gdzie wypłacały kwoty do 60 dolców. Mają tu gniazdka elektryczne do których nie pasują nasze wtyczki. Ale są przygotowani  na to i wypożyczają –  jeśli się oczywiście poprosi –  odpowiednią przejściówkę. Na wyposażeniu gastronomicznym pokoju są przynajmniej trzy rodzaje kawy którą obsługa uzupełnia skrzętnie. Herbata jest raczej niedobra. Doba hotelowa 118 dolców. Hotel  VOYAGER w Anchorage położony jest w centrum miasta, a najważniejsze, że niedaleko zatoki, portu i stacji kolejowej.  Kolej na Alasce to jest coś. Przypomina o pionierach, którzy parli do przodu pomimo wszelakich przeciwieństw losu. Nic też dziwnego, że na drugi dzień pobytu siedziałem w wagonie Rail Road Alaska i jechałem w nieznane. Koszt całodniowej wycieczki 100 dolarów w tym jeden posiłek i napoje, które można było brać do woli. Trasa specjalna – wycieczkowa. Nagłe hamowanie jeszcze w obrębie bardzo rozległego Anchorage, pociąg staje, wszyscy wrzeszczą, łoś, łoś. Jaki tam łoś, facet się zataczał i wlazł na torowisko. Co piękniejsze widoki to pociąg przystaje, lecą informacje i ludzie latają z okna do okna z kamerami i z aparatami. Znowu pociąg staje tym razem wszyscy patrzą w górę na skały na pasące się 3 kozice górskie, pełny zachwyt – kóz tu nie widzieli czy co. Mnie bardzo za to pociąga widok zbliżających się lodowców i pytanie – czyżby chcieli tam wjechać? Po drodze mijamy jeziora lodowcowe z małymi odłamami lodu. Wysiada grupa, która ma pływać kajakami pomiędzy tymi bryłami. Ja oczywiście też, ale konduktor miał mnie już na oku. Ty nie – mówi patrząc na mój bilet. Jak nie to nie, konduktor ma rację. No właśnie, na czapce służbowej napisane K O N D U K T O R. To jest ktoś, wszyscy słuchają go, podchodzi do każdego, tłumaczy, pomaga wysiadać z wagonów, przygotowuje lunch i nie wrzeszczy jak u nas : g o t o w e – odjazd. Pełny prestiż i poważanie. Z wagonu bez pomocy konduktora po prostu się nie wyjdzie. Podstawia specjalne schodki i otwiera drzwi, pomaga wychodzić. Poziom podłogi bowiem jest bardzo wysoki co bardzo utrudnia wyjście bez dodatkowych schodków. Wagony są bardzo wygodne i przystosowane do podróży krajoznawczych. Siedzenia są skierowane w jedną stronę, po dwa w każdym rzędzie na lewo i prawo od przejścia środkowego. Pod nogami bardzo praktyczny z płynną regulacją podstopnik. Odległości pomiędzy fotelami takie, że można spokojnie wyciągnąć nogi nie kopiąc przy tym siedzących przed tobą. Jeżeli jedziesz sam to obok nie sprzedadzą już nikomu biletu i masz dużo miejsca na bagaż podręczny. Amerykanie są bardzo praktyczni i robią wszystko pod kątem wygody podróżujących. Za to całkowitym nieporozumieniem jest umieszczanie w składzie, wagonów z przynajmniej trzema różnymi rodzajami otwierania drzwi pomiędzy wagonami. Jak już rozwikłałem dwa typy i pełen wiary szarpałem się z kolejnymi to się okazało, że trzeba przyłożyć tylko rękę w żółte pole i otwarte. Pomogła sympatyczna pani przyglądając się moim zabiegom. No ale mówi się, że podróże kształcą. W pociągu jest bardzo czysto, wagony pomalowane są na żółto i niebiesko i w tym kolorze odbija się cały krajobraz. Na zdjęciach trudno jest odróżnić nieraz odbicie od faktycznego widoku. Nigdzie na wagonach nie widziałem żadnych napisów ani radosnej twórczości graficiarzy. W każdym zestawie pociągu są przynajmniej dwie lokomotywy spalinowe, trakcji elektrycznej tam nie ma. Prędkość jaką rozwijają nie jest oszałamiająca a to za sprawą wyeksploatowanych torów i mostów, które pamiętają odległe czasy. Za to jeśli pociąg zaczyna się wspinać to aż dech zapiera. Jeździ w kółko po bardzo ciasnej spirali coraz wyżej i wyżej i tylko słychać przeraźliwy świst kół trących o główki szyn. A wszystko to wokół niesamowicie bujnej roślinności, która dobrze wie, że musi bardzo się śpieszyć i wydać nasiona przed nastaniem mrozów. Kilka tuneli, mostów, wąwozów, szczytów, wodospadów i lodowców to wszystko mija jak jakiś film z baśni. Stajemy, wychodzimy po stopniach podstawionych przez konduktora. Jakieś stare zabudowania i podwójne tory. Mijanka , będziemy czekać na pociąg jadący z przeciwnej strony. Grupa w pociągu w międzyczasie stopniała do dwudziestu paru osób. Zostały największe łamagi i nygusy, które nie chcą ani chodzić po górach, ani pływać w kajakach ani spławiać rzeki na  pontonach. To dla nich po drodze wsiadła przemiła pani strażnik a zarazem przewodnik i na bieżąco opowiadała o mijanych dziwach przyrody. Rozdała też mapy szczegółowe i pokazała gdzie dojedziemy. No nie, wychodzi na to że faktycznie podjedziemy prawie pod sam lodowiec i to w górnych partiach. Idziemy za konduktorem i naszą panią strażnik na niewielki pagórek obok mijanki. Naprzeciwko solidna góra, wodospad, trochę lodu. Na pagórku stoi solidny namiot. Jest otwarty. W namiocie stoi działo wycelowane w tę górę naprzeciwko. Już wiem. Zimą strzelają sprowadzając kontrolowane lawiny, po tym jak kiedyś zasypało i porwało pociąg. Tak przynajmniej zrozumiałem po niemiecku od przesympatycznego studenta z Minnesoty. Nadjeżdża pociąg, skład bardzo podobny do naszego, ale jest to pociąg, który jeździ raz dziennie do Seward. Podróżnych w nim  nie za wiele. Bardziej praktyczna jest 3 godzinna podróż samochodem. A my dalej do przodu. Jeszcze jeden tunel i stajemy na dobre. Kurna! –  sami emeryci, staruszki i dzieci. Nie ma chętnych poza mną aby podejść pod sam lodowiec. Wystarcza im to jak zrobią zdjęcie z daleka i posłuchają pani strażniczki. Jestem niezadowolony ale chyba sam tu nie zostanę tym bardziej, że coś zaczęła wspominać o niedźwiedziach. Jakieś dzieci roznoszą po wagonie wyprawione skórki, mokasyny, wyroby z kości wieloryba chyba. Nie wiem sam czy to legalne więc daję im na odczepnego paczkę przednich polskich czekoladek z ptasim mleczkiem. Niech lepiej dzioby zamulą słodyczami z Polski i dadzą spokój z tym kupowaniem. Drugą paczką dzielę się z podróżnymi. Jest OK. – już nie chcą sprzedawać. Wracamy a pociąg teraz musi cały czas hamować. Po drodze zabieramy tych co rozbijali góry lodowe na kajakach, zjadamy razem posiłek i dojeżdżamy do przystanku. Przesiadamy się na autobus, który dowozi nas pod dworzec. Konduktor jeszcze długo machał do nas z pustych już wagonów. Oczywiście nie zapomniałem zrobić sobie z nim zdjęcia na tle naszego pociągu. I tak zleciał cały dzień na wygodnym, bezstresowym poznawaniu Alaski zza szyb pociągu. Aha , żadne okna w pociągu się nie otwierają za wyjątkiem platformy pomiędzy wagonami gdzie można otworzyć całą górną część drzwi i wygodnie robić zdjęcia lub film.Anchorage największe miasto Alaski liczy ok. 250.000 mieszkańców. Już na wstępie sam dworzec lotniczy robi wrażenie, można by go porównać wystrojem do niektórych stacji metra Moskiewskiego. Funkcjonalny, ale też przepiękny architektonicznie, kolorystycznie i utrzymany w tonacji tubylczej (indian dalekiej północy). Z Anchorage można dolecieć do Pietropawłowska Kamczackiego, Magadanu, Władywostoku i Chabarowska. Czyli można odbyć też podróż na Alaskę jakby od tyłu, połączenia te obsługują linie amerykańskie. Poza tym w Anchorage lądują chyba wszystkie samoloty lecące ze stanów na daleki wschód. Z lotniska do centrum najlepiej dojechać taksówką za 15 dolców. Miasto położone jest na równinie którą z trzech stron otaczają góry a z czwartej głęboka odnoga zatoki Alaska. Mieszkańcy Anchorage zamieszkują głównie na zboczach okolicznych gór w domkach jednorodzinnych wykonanych głównie z płyt wiórowych podobnych do naszych OSB. Budownictwo i architektura jednorodzinna raczej fatalna, a im dalej na północ tym gorzej. Centrum Anchorage nastawione jest wyłącznie na turystów. Dosłownie wszystko jest pomyślane pod i dla turystów. Przez pierwsze dwa dni pobytu szukałem sklepu spożywczego w centrum. Nie ma takiego. Bo po co. Turysta ma pójść do baru lub restauracji i tam zjeść, napić się i odpocząć. Potem ma kupować i kupować pamiątki, zwiedzić muzeum, obejrzeć film o Alasce na wielkiej kopule z brezentu, potem znowu powinien coś zjeść a wieczorem przed pójściem do jakiegoś klubu nocnego znowu coś kupić. Praktycznie nie spotkałem rzeczy która by kosztowała mniej jak 5 dolarów. Wyjątkiem za  małego Heinekena trzeba było zapłacić 4.85 dolara. Co ciekawe, na licznych stoiskach z pamiątkami można dostrzec słynne rosyjskie babuszki. Nasi przyjaciele ze wschodu docierają i tutaj. Centrum Anchorage to już całkiem co innego – rozmach, szkło, wieżowce, sklepy połączone górnymi galeriami nad ulicami i nowoczesna architektura. W centrum jest też dużo niedźwiedzi i łosi –  tyle że wystruganych z drewna lub odlanych z żywicy (ważna uwaga dla naszych producentów figur ogrodowych). Jest też pomnik psa, przyjaciela człowieka, psa zaprzęgowego który nierozłącznie był związany z człowiekiem przez cały okres jego wędrówek przez śnieżne pustynie. Kto miał dobre psy ten przeżył. Nieopodal stacji kolejowej, koło poczty i hotelu Hilton jest też taki miejscowy targ, na którym można dokonać zakupów od rdzennej ludności i z pierwszej ręki. Nieopodal hotelu  jest przystanek takiego tramwaju miejskiego który objeżdża całe centrum i najbliższe okolice nieśpieszne, powolutku z pełna informacją o mieście. Tramwaj jest w stylu retro i obsługa też, kłaniają się wysokimi kapeluszami zapraszając do środka. Wracając do tej kopuły z brezentu to naprawdę warto tam pójść i za 15 dolarów na wielkiej kopule obejrzeć wielkie widowisko z dźwiękiem o życiu zwierząt, ptaków. Zobaczyć „cielące” się lodowce, wodospady, góry, ocean i całą alaskańska przyrodę. Alaska Experience Center. Kompletny zawrót głowy. Jest też galeria obrazująca trzęsienie ziemi, które w 1964 r przy sile ponad 9 w sk. Richtera obróciło w perzynę całe Anchorage, powyrzucało statki na brzeg i było najsilniejszym trzęsieniem w Ameryce Północnej. Trzeba tutaj jeszcze dodać że na Alasce są wulkany, których jednak nie widziałem. Ale przecież nie przyjechaliśmy tutaj żeby siedzieć w mieście. No to kupiłem bilet na kolej żelazną Rail Road i przy pięknej mroźnej pogodzie /-3 C / ruszyłem w kierunku najwyższego szczytu Ameryki Północnej – McKinley –  6200 m z czego 5500 m trzeba przebyć rzeczywiście, bo góra jest tylko 700 m podniesiona względem poziomu morza. Jeżeli porównamy to z Himalajami i odejmiemy poziom wyżyn wokół to przyprawia to o zawrót głowy. Szczyt McKinley określany jest też jako DENALI/Wielki/. Kupując bilet na pociąg trzeba okazać się paszportem i prawem jazdy, przed wejściem do pociągu trzeba też okazać dokumenty. Pociąg ma przynajmniej ze trzysta metrów długości, ciągną i pchają go cztery lokomotywy spalinowe. Składa się z wagonów żółto niebieskich Alaska Rail Road i wagonów korporacji prywatnych w których podróżują chyba milionerzy. Tak więc mamy przed sobą ok. 10 godz. jazdy do Denali National Park / 240 dolarów tam i z powrotem/ przez Talkeetne, która jest położona 160 km od Anchorage. Talkeetna służy też , za najlepsze miejsce wypadowe dla śmiałków którzy odważą się porwać na McKinley. Za 200 dolarów można szczyt zdobyć też przy pomocy samolotu startując z Talkeetny, ala naprawdę mało jest dni z dobrą widocznością bo góra zazdrośnie strzeże swych tajemnic. Należy tutaj dodać, że wycieczka w górnych partiach góry przy wiatrach wiejących z prędkościami 120 km/godz i temp. nawet ponizej 40 st.C nie należy do przyjemnych. Ale są zapaleńcy i ludzie którzy to wręcz lubią i chwała im za to. Cała podróż koleją to jest jedno wielkie przeżycie. Pociąg pokonuje wiele mostów, gór, jedzie wśród tundry, jezior, lasów i skał. Szlak kolejowy wytyczono w oparciu o naturalne spadki wód i przez większą część trasy prowadzi wzdłuż rzek. Jadąc pociągiem dojrzałem w wodzie moje pierwsze łososie. Odruch wędkarski kazał mi zaraz zarejestrować te miejsca, żeby tam wrócić. Ale tych miejsc było coraz więcej i więcej. Dosłownie wszędzie. W miejscach gdzie szlak kolejowy przybliżał się do wody ja widziałem ryby i to z pociągu. Nie pędził on z zawrotną prędkością więc można je było dostrzec gołym okiem. Niestety na zdjęciach nie wyszły zbyt dobrze. W składzie pociągu były też takie specjalne wagony obserwacyjne, piętrowe z panoramicznymi półokrągłymi szybami skąd można było robić doskonałe zdjęcia całej otaczającej przyrody. Przy przeprawach przez przepastne kaniony pociąg zwalniał a nawet przystawał i powolutku najeżdżał na most. Co oni tak się boją, myślę sobie. Ale jak spojrzałem w dół, a potem na stalowe przęsła które mają przeszło 100 lat i sfatygowane tory to też zacząłem się bać. Ale KONDUKTOR  tylko się uśmiechał i mówił OK. No dobrze, czyli nie ma strachu, zawrót głowy jednak pozostał. Góry to przybliżały się, to oddalały, krajobrazy jakby z bajki porażały swoją wyrazistością i kolorami. Wrzesień, brzoza czerwono-brunatna z odcieniem zielonego, niskie kosodrzewiny i odmiany świerków królowały za szybami. Pośród tego jakby srebrno-niebieskie iskierki migały jeziorka i rzeki. Naprawdę przez 10 godz. jazdy nie miałem tego dosyć. No ale przyjechaliśmy do Denali i trzeba było wysiadać. Dalej pociąg jechał do Fairbanks gdzie jest ponoć zawsze bardzo zimno. No dobrze wysiadam, a tu nic nie ma. Stoi chyba ze 40 autobusów ludzie wsiadają do nich, odjeżdżają,  robi się coraz bardziej pusto, żadnych domów nie widać, stacja kolejowa to tylko takie zadaszenia, zamarznę na amen tu chyba. Ale nic, wyszperałem w moim tłumaczu ,,nocleg,, i do kierowcy z autobusu który jeszcze nie odjechał. OK. –  kiwa głową, pliz. A kesz? Jes, odpowiadam. No to jedziemy. W oddali ukazał się przepięknie usytuowany hotel, na górce z widokiem na McKinley – dobrze myślę sobie. Po karkołomnej kilkunastominutowej wspinaczce autobus wdrapał się na skraj góry zabranej  przyrodzie na której wybudowano kompleks hotelowy. Jeszcze tylko krótka odprawa w recepcji, gwałtowny odpływ gotówki za pokój z widokiem na góry i jestem przed drzwiami mojego pokoju, których nijak nie mogę otworzyć. Co jest – myślę sobie, człowiek bywał tu i ówdzie, karta zamiast klucza, nie nowość, dioda zielona świeci się a wejść nie można. Oglądam się na boki nie ma nikogo no to forsuję drzwi z barka, nic. O cholera twarda sztuka, no więc jeszcze raz, dokładam im, ramię boli a one nic. Hm, popsute pewnie, ale tak na wszelki wypadek wziąłem klamkę i podniosłem do góry. No tak, drzwi otwierają się poprzez podniesienie klameczki do góry, a ja zaparłem się i koniecznie naciskałem je do dołu. Tutaj jest Ameryka i wszystkie chwyty dozwolone.
 
cdn...
 
 
                             
 

↑ W górę